Świadomie…

Posted by on 16 maja 2016 in Blog, Styl życia | 12 komentarzy

Świadomie…

IMG_20160424_134705

Cztery miesiące wcześniej…

Koniec roku to koniec wytężonej pracy. Kończą się te wszystkie christmas party. Nie, nie pracuję dłużej, ale na pewno intensywniej. Sylwester wieńczy zakupowo-jedzeniowe szaleństwo. Dociągam ostatkiem sił. Zaraz po Bożym Narodzeniu zaczyna boleć mnie gardło, które jest oporne na wszystkie specyfiki leczące go. Na noc zalewam się paracetamolem i ibupromem w smakowych saszetkach na przeziębienie, w dzień tabletki do ssania i jakieś słabsze specyfiki nie powodujące senności. Po trzech tygodniach rozkładam się tak, że decyduję się po raz pierwszy odkąd tu pracuję zadzwonić dwa dni z rzędu i zgłosić swoją nieobecność z powodu choroby. Razem z dwoma dniami wolnymi leżę w łóżku cztery dni. Czuje się fatalnie.

Choroba przeszkadza mi skutecznie w wzięciu udziału w naszym spóźnionym przyjęciu dla personelu. Bardzo żałuję, ale nie dałabym rady bawić się w takim stanie. Po powrocie do pracy zostaje mi wręczona karta upominkowa z kilkudziesięcioma funtami do wydania i spływają na mnie gratulacje od managerów, którzy tę kartę mi wręczają. Główny boss dokłada swoje. Mówi mi, że kiedy prosił managerów o wskazanie najlepszej osoby pracującej na sali, wszyscy, absolutnie wszyscy wymienili na pierwszym miejscu mnie. Zostałam najlepszym pracownikiem roku w swojej kategorii. To wewnętrzna nagroda, pubowa, nie z centralnego biura, ale bardzo mnie cieszy. Jestem zaskoczona, bo nie robię absolutnie nic, za co miałabym zostać nagrodzona. Przychodzę do pracy, robię to, co do mnie należy i wychodzę. Widocznie tutaj to wystarczy. Nie bardzo wiem, co mogłabym sobie za to kupić, bo właściwie mam wszystko. Wszystkie swoje potrzeby zaspokajam na bieżąco. RR po przyjściu z pracy opowiada o koleżance, która pachniała czymś, co mu się bardzo podobało i zapytał ją, co to za perfumy. Chanel nr 5. Klasyka. Mówi mi, że ten zapach bardzo do mnie pasuje. Chyba raz je nawet sobie kupiłam kiedyś, dawno temu. Idę do perfumerii i kupuję, ale troszkę inne – Chanel Mademoiselle. Cudowne. Dokładam drugie tyle do środków na karcie upominkowej, ale ilekroć ich użyję przypominam sobie o swoim pierwszym absolutnie nieplanowanym sukcesie.

Trzy miesiące wcześniej…

Żyję tylko jednym – przyjazdem po raz pierwszy córki do Londynu. Poprzednie plany, wakacyjne, znów pokrzyżowała choroba. Kiedy pani profesor wyraża wątpliwości, że oddalenie się jej od kliniki na dwa tygodnie jest zbyt niebezpieczne, córka rozstawia lekarzy na oddziale po kątach łącznie z panią profesor, a ja próbuje jakoś ratować sytuację telefonicznie tłumacząc, że zabronienie jej przyjazdu do Londynu narobi więcej szkód w organizmie, niż cokolwiek innego. Zestaw leków i powiększone dawki nie dają oczekiwanych rezultatów. Od lekarki słyszę, że kończą się możliwości jej leczenia. Wymyśla niestandardowe leczenie, na które muszę wyrazić zgodę. Wyrażam. Zobowiązuję się, że co pięć dni zrobimy kontrolne badania tutaj na miejscu i prześlemy wyniki do kliniki. Szukam prywatnego laboratorium. Upewniam się tylko, czy nie zaszkodzi jej lot. Do niestandardowego leczenia nie dochodzi. Różne parametry i wskaźniki w krwi i moczu nieznacznie się obniżają. Przylatuje sama dostarczona do samolotu przez przyjaciół, odebrana przeze mnie i RR na lotnisku. Jej podręczny bagaż to plecak pełen leków i opasła teczka z dokumentacją choroby.

Wzięłam więcej wolnych dni w pracy, byśmy mogły pozwiedzać Londyn. Na drugi dzień po jej przylocie robię kawę po śniadaniu. Niedokręconą łyżkę z kawą w ekspresie wywala ciśnienie i zapryskuje cały blat w kuchni łącznie ze stojącymi na nim innymi urządzeniami. Sprzątam, wycieram, zmywam. Robię drugi raz. Tym razem nie trafiam łyżką z kawą w zaparzacz i rozsypuję kawę po dopiero co wytartym wilgotnym jeszcze blacie i urządzeniach. Znowu sprzątam. I czuję, że nie zrobię tej kawy dzisiaj. Nie mam siły. Idę na górę i kładę się. Przepraszam córeczko, nie będzie dzisiaj zwiedzania. Big Bena zobaczymy jutro. Dopiero teraz czuję, w jakim napięciu żyłam przez ostatni miesiąc, kiedy to napięcie mnie opuściło. Przesypiam kilka godzin.

Do Polski wracamy razem, bo muszę odebrać nowy paszport. Ważność starego się skończyła. Jeszcze tylko jej urodzinowe przyjęcie zorganizowane wspaniale przez moich przyjaciół. I dla mnie i dla niej jest dużą niespodzianką. Wyniki badań po powrocie z Londynu są rewelacyjne. Nawet zostały obniżone niektóre dawki leków.

Dwa miesiące wcześniej…

Mam wyznaczony termin rozmowy z bossem podsumowujący mój rok pracy. Nigdy wcześniej nie pracowałam w korporacji, nie wiem, jak takie coś przebiega. Tylko o tym słyszałam. Dostaję kwestionariusz do wypełnienia. Najpierw mam się ocenić sama. Oceniam się więc, nie mam sobie nic do zarzucenia. Na rozmowę roczną jest przeznaczona godzina, rozmawiamy półtorej. Główny manager ocenia mnie jeszcze wyżej niż zrobiłam to ja, a nie grzeszyłam przy tym skromnością. Raczej przygotowałam się w myślach na odparcie ewentualnych zarzutów. Zarzutów nie ma. Żadnych. Przy jednym z zagadnień boss zaczyna zadawać coraz bardziej dociekliwe pytania. Odpowiadam, ale widzę po minie, że nie o taką odpowiedź mu chodzi. Nie wiem, co mogę jeszcze dodać. Chodzi mu o moją współpracę z pozostałym zespołem. W końcu rzucam żartobliwie, że wszyscy chcą ze mną pracować, bo mnie bardzo lubią, chociaż nie mam pojęcia za co mieliby mnie lubić. Prawie z nimi nie rozmawiam, towarzysko się nie udzielam, komplementów nie prawię, w ich pracy im nie pomagam, bo ledwo ogarniam swoją, a czasami nie ogarniam i to oni mi muszą pomagać. Boss drąży dalej. Ale się uparł! W końcu sam odpowiada, bo z żadna moja odpowiedź go nie satysfakcjonuje. Okazuje się, że mnie lubią, bo ja ciężko pracuję. Wbija mnie w fotel. To za to można kogoś lubić?! Za to, że ktoś przychodzi do pracy i robi to, co do niego należy?! Jestem zdumiona i nie wiem, co powiedzieć. A on nie wie, co odpowiedzieć na moje zdumienie. Patrzymy więc na siebie bez słów. Myślę – po raz kolejny zderzyła się moja polska mentalność z tutejszą mentalnością. Co pomyślał on? – nie wiem.

Jestem znowu chora, jeszcze bardziej niż przedtem. Zgłaszam w pracy dzień choroby, potem mam trzy dni wolne. Jakoś się wychoruję – myślę sobie. Jak się okazuje zbyt optymistycznie pomimo przełamania się i wzięcia antybiotyku. Po czterech dniach spędzonych w całości w łóżku na zapadaniu się w gorączkowy sen i utracie poczucia kiedy jest noc, a kiedy dzień, muszę odpocząć po zrobieniu sobie herbaty i kanapki. Nie wiem, jak wytrzymam w pracy dziesięć godzin na nogach. Dzwonię do pracy i zgłaszam jeszcze dwa dni chorobowego. Nikt nie robi żadnych wyrzutów, nie słyszę żadnej fałszywej nuty w tonie głosu rozmawiających ze mną managerów. Wszyscy tylko mówią – uważaj na siebie.

Nie pamiętam tak bardzo i długo przechorowanego okresu jak ostatnia zima. Muszę coś zrobić, coś ewidentnie zaniedbałam. Nie posłuchałam sygnałów wysyłanych wcześniej przez ciało. A przecież wiem, że trzeba siebie słuchać. Dostaję mdłości na widok smakowych saszetek na przeziębienie w drogeriach.

Miesiąc wcześniej…

Na rozmowie rocznej mój główny manager napomknął, że szykuje mnie do awansu. Zignorowałam to, nie uwierzyłam. On wszystkim to mówi. Już na rozmowie kwalifikacyjnej nowym potencjalnym pracownikom obiecuje zarządzanie pubem. Pod warunkiem oczywiście przejścia wszystkich etapów, szkoleń i szczebli oraz ciężkiej pracy. Nie ukrywa, że trzeba na to zapracować. Firma też tego nie ukrywa wstawiając na nasze indywidualne strony szkoleniowe klarowną grafikę z rozpisaniem co, kiedy i ile czasu trzeba robić by wspinać się po szczeblach kariery.
– Kariery w tej firmie to ja robić nie zamierzam – mówiłam często do RR po każdym cięższym weekendzie, patrząc na pracę managerów. Nie dosyć, że robią to samo co ja, to jeszcze mają dodatkowe obowiązki, które nakładają na nich odpowiedzialność. Lżej pracować po awansie na pewno nie będę. Co mogłabym innego tu, w Londynie robić – nie wiem. A skoro nie wiem, to robię to, co robię, aż się nie dowiem. „Nie ma co szukać miodu w dupie” – że tak sobie zacytuję moją śp. babcię, która przeżyła kilka wojen, w tym dwie światowe.

Awansu się nie spodziewam tym bardziej, że nie pracuję za barem. A powinnam chociaż pewien trening przejść i zaznajomić się, co z czym. Nabijanie na gastro na dotykowym ekranie nie jest mi obce – to tylko zorientowanie się, gdzie w jakim oknie czego szukać. Poznanie asortymentu i gdzie co stoi to też kwestia kilku dni. Alkohole zresztą znam, bo sprzątam po nich butelki i migają mi nazwy w kartach menu. Angielskie prawo dotyczące licencji i sprzedaży alkoholu mam przerobione na szkoleniach i przypominane przynajmniej co pół roku. Ale coś stoi na przeszkodzie, co mnie powstrzymuje. Pracując w barze trzeba obsługiwać zmywarki w glass-roomie wstawiając do nich takie kosze ze szklankami. I robi się to będąc schylonym, a mój kręgosłup i pokrojony brzuch tego nie wytrzyma – wiem to. Po kilku załadowaniach wyląduję w szpitalu. Nie przyznaję się więc nikomu do tego i nie garnę za bar.

Awans i podwyżkę dostaję pomimo braku przerobienia stanowiska za barem. Za wyjątkową, znakomitą i perfekcyjną pracę na sali. A ja naprawdę nie wykazuję się niczym szczególnym. Robię tylko niezbędne czynności. Noszę talerze z daniami, sprzątam stoliki, załatwiam życzenia klientów, ustawiam stoły i krzesła jak je porozciągają po sali, bo chcą siedzieć w większych towarzystwach, wykonuję wszystkie czynności przygotowujące do zamknięcia. Tylko tyle. Tutaj aż tyle.

Teraz…

Nareszcie kilka dni ciepła. Zazieleniło się, zakwitło, zapachniało… Napisałam post na bloga o zapachach. Moich ulubionych zapachach. Szukając jakiegoś pasującego zdjęcia w czeluściach zapasowej pamięci do komputera wsiąkam w oglądanie zdjęć zrobionych latem 2013 roku. Dużo tych zdjęć z różnych miejsc. Robiliśmy je z RR na pożegnanie z Polską. Ostatnie lato przeżyte niesamowicie świadomie. Kiedy ja ostatnio tak chłonęłam życie? Zapamiętywałam je, przeżywałam, celebrowałam? Te posiłki na trawie przyprawione solonym powietrzem w ciechocińskich tężniach. Ta jazda spod pałacu w Ostromecku na obiad do znakomitej bydgoskiej egzotycznej restauracyjki i czekanie na wolny stolik. To opalanie się po drugiej stronie Wisły z widokiem na toruńską starówkę. Kiedy to było? Trzy lata temu?!!

A co było przez te trzy lata? To modne tak ostatnimi czasy „wychodzenie ze strefy komfortu”. Zmiany, podróże, wyprowadzki, przeprowadzki, poszukiwania pracy, aklimatyzacje w nowych krajach, wesele syna, choroba córki, podróże do Polski, praca, brak sił, praca, nowe wyzwania, choroba, praca, pisanie książki, brak sił, praca, awans, praca…

A gdyby tak przeżyć świadomie to nadchodzące lato?

Przeżyć.

Nie – przemknąć w czasie odhaczając kolejne rzeczy do zrobienia.

Nie – czekając na to, co ma się dopiero wydarzyć, a co jest zapisane w kalendarzu.

Nie –  liczyć kolejne dni pracy do kolejnych dni wolnych i planując, co to ja nie zrobię nie robiąc przynajmniej połowy rzeczy, bo nie mam siły.

Przeżyć i udokumentować. Nie tylko zdjęciami, ale także opisem.

Wracam do strefy komfortu.

Mojego komfortu.

20160513_141806 (1)

 

 

  • Och Ty, jeszcze musisz się wiele nauczyć 🙂
    Appraisal służy do tego żeby się chwalić przed szefem, nie żeby być skromną. I tu też nie chodzi o to czy ktoś Cię doceni czy nie, ale o to żebys doceniła siebie samą, żebyś zrozumiała że nawet normalna, codzienna praca jeśli jest wykonywana dobrze, może byc nagrodzona, bo przecież przynosi efekty. Chodzi o to żebyś potrafiła wyartykułować swoje problemy i ewentualne przeszkody w wykonywaniu swojej pracy, o to żeby razem rozwiązać ewentualne problemy w przyszłości.
    A co do pracownika roku – nie łudź się że dostałaś za ładne oczy 🙂 Każda sprzedaż jest monitorowana na kasie i kto sprzeda najwięcej, obsłuży najwięcej klientów i tak dalej, ten dostaje nagrodę. Moja córka jest ciągle nagradzana, bo po prostu lubi robić to co robi a po pierwszej nagrodzie ma motywację. Czy to dodatkowy pieniądz czy skrzynka wina, nagroda zawsze jest mile widziana.
    Tak że… tego… nie bądź taka skromna, zapracowałaś sobie na pochwały!

    • A skąd ja miałam o tym wszystkim wiedzieć?! W Polsce pracownik słyszy najczęściej, że jak mu się coś nie podoba, to może w… tzn. kolejka osób (często stażystów lub stażystów, którym nie płaci się nic) czeka na jego miejsce (że się wyrażę tak bardziej parlamentarnie). Jak w restauracji robiłam utarg taki jak pozostały personel razem wzięty, co najwyżej usłyszałam pytanie: dlaczego nie więcej? – przecież mogłam się bardziej postarać. Często śmiano się ze mnie, że jestem taka stara i pracuję w restauracji. A tu? Dziękują, proszą, uśmiechają się, pozdrawiają i pytają czy mi nie pomóc. Często mam wrażenie, że nie tylko zmieniłam kraj, ale wręcz planetę.

      • No tak. W Polsce sie raczej nie chwali. Ale nie zapominaj ze tak naprawde w UK za darmo nic Ci nikt nie da, a jak podpadniesz to tez masz przerabane. Jednak kultura pracy jest zupelnie inna i my, przyzwyczajeni do innego traktowania, spostrzegamy to od razu.

        • Ależ – ja za darmo nic nie chcę, a podpadać nie lubię.

  • Alis

    z sympatia i podziwem, pozdrowienia zostawiam 🙂

  • Issa

    Chcialabym napisac, ze Ci gratuluje… tymczasem napisze po prostu, ze jestes bardzo mocno przepracowana… I ze byc moze „awans” nie wyjdzie Ci na zdrowie (i to doslownie!). No ale sama to wiesz i moje smecenie nic tu nie pomoze.

    Ciesze sie za to, ze masz okazje zbierac nowe, pozytywne doswiadczenia, budujac tym samym nowa siebie. To chyba cenniejsze niz wszelkie awanse, pieniadze i pochwaly razem wziete. Jesli zmienisz wreszcie (!) prace na lzejsza – to Ci zaprocentuje.

    Ciesze sie takze, ze pomimo ciezkiego okresu w zyciu udalo Ci sie spotkac z corka, pisac ksiazke i miec checi do dalszego zycia. Mam nadzieje, ze Twoje zdrowie jest juz lepsze, a wtedy reszta spraw tez sie pouklada.

    Gratuluje Ci tych trudnych lat zagranica. Przetrwalas, nauczylas sie mnostwo, zostalas doceniona. Zycze Ci, zeby bylo Ci lzej w pracy, ale jak piszesz – sama musisz o tym zdecydowac, w odpowiednim momencie.

    Pisz, pisz, lubie Twoje zyciowe obserwacje i czytac o Twoich doswiadczeniach.

    • Za dużo pracy i stresu, za mało odpoczynku – ale to już zmieniłam. Co jakiś czas musi mną coś szarpnąć, bo mam tendencje do zapominania o sobie. I obiecuję, że to przedostatni raz 😉

  • Jak cudnie 🙂
    Cieszę się, że u Ciebie tak fajnie, aż wywołujesz uśmiech.
    Efekt taki, że aż udostępniłam Twój wpis na fb, żeby go „podać dalej” 🙂

    • Dzięki 🙂 Aż chce się pisać więcej po takim komentarzu jak Twój i Issy.

  • Mania

    Jak dobrze słyszeć ,że już lepiej . Mam nadzieję ,że i Twojej córce też. To trudne , kiedy dzieci , nawet dorosłe, chorują a my gdzieś daleko .
    Dobrze rozpocząć dzień z Twoim nowym postem. serdeczności