Wartość trwałości

Posted by on 23 maja 2016 in Blog, Styl życia | 8 komentarzy

Wartość trwałości

coffee-coffee-beans-grain-coffee-roasted-coffee-large

Nalewam wody do ekspresu. Wsypuję porcję kawy do kolby, zakładam i dociskam. Włączam przycisk i czekam, aż podstawiona filiżanka napełni się płynem. Czekając słyszę jak ekspres wydaje dziwne odgłosy. Chyba się niedługo zepsuje. Służy nam już przecież prawie codziennie od kilku lat. Trzeba będzie kupić nowy. Tylko że ten ekspres to nie tylko zaparzacz do kawy. To nasze życie. Nasze wspomnienia. Nasze chwile spędzone na rozmowach przy tej kawie.

Długo wybieram swoje użytkowe rzeczy. Zastanawiam się, jakie moje potrzeby ma dany przedmiot zaspokoić. Jak często będę go używać? Gdzie to postawię? Jakiego ma być koloru i wielkości? W przypadku ekspresu do kawy największe znaczenie miało dla mnie to, żeby był ciśnieniowy i abym mogła dozować ilość kawy i mogła wybierać swoje ulubione gatunki. Absolutnie nie wchodziły w rachubę żadne ekspresy na kapsułki – nie będą mi koncerny dyktowały jaką i ile kawy mogę sobie zaparzać i pić. Cena i marka jest rzeczą drugorzędną. Oczywiście – im mniej kosztują, tym lepiej. Ale wiem też doskonale, że dobre rzeczy nie są tanie. Nawet jak cena jest niska, to w przyszłości może się okazać, że eksploatacja sprzętu jest kosztowna, bo wymienne części są bardzo drogie. Tak się sparzyłam kiedyś, jak kupowałam drukarkę do komputera. Dwie wymiany tuszu kosztowały więcej niż sama drukarka. Dlatego teraz uważam na takie kruczki i wiem o co zapytać w sklepie lub sobie samej znaleźć w opisach i na etykietach.

Lubię dobre i funkcjonalne rzeczy. Chciałabym, by długo mi służyły nie tylko ze względu na wydane na nie niemałe pieniądze, ale także ze względu na czas, jaki poświęciłam na znalezienie ich. Na porównanie ofert. Na zastanawianie się. Na oglądanie i kupowanie. To mój czas. I jak najrzadziej chce go przeznaczać na przedmioty. Przedmioty chcę mieć i ich używać. Są moimi narzędziami, czasem kapitałem, często ozdobą lub kluczem do wspomnień. Chcę je mieć raz wybrane i kupione, a nie ciągle ich poszukiwać i pragnąć. Bo się psują i są nie do naprawienia. Bo w epoce najnowszych technologii, kosmicznych materiałów i innych wynalazków reklamowanych głośno i szumnie pod hasłami nowej, lepszej jakości po jeszcze lepszej, niższej cenie dostaję coraz gorszy plastikowy chłam, który psuje się tydzień po upływie gwarancji. Czy wszyscy ci inżynierowie, projektanci i twórcy reklam mają ludzi za idiotów? Widocznie tak, skoro cały ten przemysł ma się świetnie i chwali się z roku na rok coraz większymi zyskami ze sprzedaży wszystkiego.

Umiem szyć i czasami coś sobie lub do domu uszyję. Moja maszyna do szycia kupiona prawie 30 lat temu została w Polsce. Pomyślałam, że nie będę jej przywozić, bo jest stara, ciężka i jak mi się tutaj mój poczciwy „Łucznik” zepsuje, to nikt go przecież w UK nie naprawi. Zaczęłam oglądać maszyny do szycia w sklepach i doszłam do wniosku, że za takie coś z plastiku nie mające nawet połowy funkcji mojej starej maszyny do szycia to ja tyle nie zapłacę. Przy okazji pobytu w Polsce zapakowałam ją i wysłałam kurierem do swojego nowego domu. Dawno nie używana wymagała naoliwienia i małej regulacji, z czym sobie poradziłam, bo znam jej potrzeby i „humory”. I jest coś jeszcze – ta maszyna do szycia ma dla mnie wartość sentymentalną. Towarzyszy mi w moim całym dorosłym życiu. Przy jej pomocy potrafiłam przetrwać biedne okresy. Zarobić na chleb. Jej wartość wykracza dla mnie poza jej przedmiotowość. Pewnie mogłabym obyć się bez niej, ale nie chciałam. Chciałam mieć rzecz, którą już raz wybrałam. Trwałą, wygodną i sprawdzoną.

Podobno według jakiegoś filozofa jesteśmy tym, co posiadamy. Czym będą zatem moje dzieci i wnuki w tej zalewie psującej się tandety, gdzie nawet dobra marka nie jest gwarancją jakości i trwałości?

  • Feuerbach mówił, że „człowiek jest tym, co je”, ale i ta teza z ostatniego akapitu tez wiele mówi o nas, jako ludziach, o naszym miejscu w świecie rzeczy i… paradoksalnie wśród ludzi. Często oceniamy innych, a inni nas, po tym co posiadamy. Najczęściej nie wnikamy w istotę i funkcjonalność posiadanych przedmiotów. Wydaje się, że przywołany „Łucznik” godzien jest szerszego wpisu i liczę, że znajdziesz czas, by poświęcić temu czas:-)

    • Czemu nie 🙂 Tylko co mogłabym o swojej maszynie jeszcze napisać? Jakąś podpowiedź poproszę.

      • Ja bym była ciekawa, co skłoniło Cię do zainteresowania się szyciem. Sama również mam tę pasję. Chociaż nieraz doprowadza mnie do szewskiej pasji.

        • To nie pasja. To po prostu umiejętność. A skłoniła mnie to tego kiedyś bieda.

  • Alis

    wartośC gościny na blogu?

    podczytuję, jestem…

    czy tylko uśmiech wystarczy? czasem Ty słowami napiszesz wszysko…

  • „Za młodu” zapisałam się nawet na kurs krojenia i szycia. Matka mnie zapisała, bo ona miała maszynę i uważała że mi się przyda. Hm… Nic nigdy prawdziwie nie uszyłam, ale próbowałam, oj próbowałam. Teraz to czasami nawet i chciałabym kiedy mi się nudzi, może się kiedyś za to zabiorę. Córka dostała maszynę na gwiazdkę to może mi użyczy 🙂

    • Widzę, że zupełnie nieoczekiwanie dla mnie wspomnieniem o maszynie do szycia wzbudziłam u innych, u Ciebie też jakieś wspomnienia. Chyba pociągnę ten temat 🙂