Maszyna do szycia (1)

Posted by on 30 maja 2016 in Blog, Styl życia | 10 komentarzy

Maszyna do szycia (1)

20160307_125107

Swojej maszyny do szycia nie kupiłam sobie sama. Została mi niejako wciśnięta na siłę.

Miałam 20 lat, urodziłam właśnie swojego synka. Byłam biedna, przerażona, w obcym dla siebie małym mieście odpowiedzialna za życie maleńkiej istoty. Mój ówczesny partner życiowy wykombinował z kolegą, że sprowadzą z Tajlandii komputery i sprzedadzą je w Polsce. Interes trochę ich przerósł, ale to co sprowadzili, jakoś udało im się odsprzedać instytucjom w Warszawie. Za zarobione pieniądze Krzysztof kupił do naszego domu pralkę, lodówkę i… maszynę do szycia dla mnie. Jego siostra miała taką maszynę i szyła dla siebie i swoich dzieci ubrania korzystając z wykrojów zamieszczonych w „Burdzie”. Chciała ze swoim mężem wybudować dom. Kupili projekt i przy załatwianiu pozwolenia na budowę (1987 r.) okazało się, że nie mogą dostać pozwolenia na wybudowanie domu o powierzchni (o ile dobrze pamiętam) tuż ponad 100 metrów kwadratowych dla małżeństwa z dwójką dzieci. Chyba, że wykażą, że potrzebna jest im dodatkowa powierzchnia do jakiejś działalności zarobkowej. Siostra mojego partnera wymyśliła wtedy chałupnictwo. Zgłosiła się do jakiejś Spółdzielni i brała od nich stosy rzeczy do przeszycia: fartuszki dla dzieci, ściereczki, proste ubranka. Robiła to przez kilka miesięcy do uzyskania tego pozwolenia, potem wróciła do szycia ubrań dla siebie, obszywała też swoje koleżanki. Była samoukiem. Potrafiła uszyć wszystko. Od ubranek dziecięcych po wieczorowe suknie i płaszcz.

Krzysztof pomyślał wtedy, że ja chyba też tak mogłabym robić. Kupił, postawił i kazał wziąć się do roboty. Relacje między nami nie były najlepsze. Nie bił, nie pił, nie ubliżał. Był kulturalnym wykształconym człowiekiem o rzadkim i świetnie rokującym na przyszłość zawodzie (rybak dalekomorski po pierwszym już swoim rejsie odbytym jeszcze na studiach), starszym o 6 lat ode mnie. Stworzyć rodziny i domu jednak mi się z nim nie udało. Ja i dziecko byliśmy dla niego totalnie obojętni w dobrych dniach, a przeszkodą w realizacji życia w jego dniach gorszych. Dlaczego zdecydował się na założenie rodziny? Nigdy się tego nie dowiedziałam

Ale maszyna już była. A skoro stał w domu ładny, nowiutki sprzęt, to szkoda mi było, żeby się marnował. Wyjęłam ją któregoś dnia, kiedy synek zasnął pomiędzy jednym karmieniem i drugim, otworzyłam instrukcję i według kroków tam opisanych spróbowałam ją oswoić. Uczenie się zakładania samej nitki i nawijania nici na bębenek zajęło mi prawie cały dzień. Odrywałam się co chwila do synka, zapominałam, czego już się nauczyłam, denerwowałam się, bo nie wszystko w instrukcji było dla mnie oczywiste, ale próbowałam dopóty, dopóki nie zrobiłam na szmatce pierwszego ściegu.

Kupiłam w sklepie kawałek niebieskiej flaneli, zrobiłam prosty wykrój z Burdy i spróbowałam uszyć dla siebie coś, na co mówiło się „podomka”. To była taka sukienka bez rękawów zapinana cała na guziki. Żeby prosto przeszyć ścieg, najpierw ołówkiem od linijki rysowałam linię, a potem starałam się po tej linii szyć. Bardzo pomogła mi też w tej nauce szycia siostra Krzysztofa. Biegałam do niej co chwila (mieszkałyśmy w domach na tym samym placu) i pytałam co dalej, bo w Burdzie opisy były dla mnie zbyt skomplikowane. Ona uczyła mnie, co po kolei się zszywa, jak się rozprasowuje szwy, wszywa suwak, co zrobić, jak coś nie wyszło – jak to poprawić, jak najszybciej spruć, co to znaczy „wdać przy szyciu tkaninę”, rozciągnąć coś przy użyciu żelazka. Ale szwy od linijki nie chciały się przystosować w ułożeniu „podomki” na moim ciele. Domowa sukienka nie była wygodna w noszeniu i kawałki  niebieskiej flanelki skończyły jako coś zupełnie innego, ale nie pamiętam już co. Takich prób i błędów miałam jeszcze kilka. Pamiętam pościel, którą sobie uszyłam Była w kolorze kremowym z koronkowymi wstawkami. Żeby była jeszcze ładniejsza, łączenie koronki z tkaniną zakryłam wąską pasmanterią w żółto-czerwone kwiatuszki. I w pierwszym praniu te czerwone kwiatuszki całą pościel zafarbowały w koszmarne plamy. Pościel wyrzuciłam. Mniej szkoda mi było pieniędzy, które wydałam na zakup tych wszystkich materiałów, bardziej żałowałam czasu, który włożyłam w wypracowanie pościeli.

Z czasem szło mi coraz lepiej. Popełniałam coraz mniej błędów. Odkryłam, że góra moich ubrań ma o jeden rozmiar więcej niż dół. Kiedy robiłam wykrój bluzki, to musiało być 36, a spódnica lub spodnie 34. Zaczęłam swoje wykroje upraszczać. Burda wykroje miała bardzo skomplikowane. Pomijałam więc w szyciu różne pęknięcia, zaszycia i otworki imitujące kieszonki oraz inne drobiazgi, które były bardzo pracochłonne i niewiele wnosiły do całości. Nauczyłam się „wyjmować” z wykrojów różne potrzebne mi elementy ubrania i samej zestawiać to np. w sukienkę lub garsonkę. Kupowałam różne resztki tkanin (bo były za grosze, a ja cierpiałam straszny niedostatek) i zszywałam z nich dla siebie różne ubrania, za którymi ludzie oglądali się na ulicy. Uszyłam np. dla siebie spódniczkę i żakiecik z trzech różnej wielkości biało czarnej „kurzej stopki” odpowiednio połączonej albo kurtkę i spódnicę z czarnego obiciowego skaju. Ten skajowy komplet zaniosłam do warsztatu, który zajmował się m. in. nabijaniem nap i tam naćwiekowali mi w zaznaczonych przeze mnie miejscach całe ubranko. Sprzedałam je  później na bazarze w Łodzi za tyle pieniędzy, że wystarczyło na kupienie tokarki do drewna przez mojego partnera, który wymyślił sobie założenie warsztatu produkującego galanterię drzewną.

Synek troszkę podrósł, już nie wymagał całodobowej opieki. Z krótkiego urlopu  macierzyńskiego przeszłam na dwuletni urlop wychowawczy. Pieniędzy z racji bycia na urlopie miałam bardzo mało. Na zarobki partnera nie miałam co liczyć, bo ciągle poszukiwał swojego miejsca w życiu planując kolejne wielkie biznesy ze szwagrem, z których niewiele wynikało. Przed śmiercią głodową ratowało nas to, że nie ponosiliśmy kosztów związanych z mieszkaniem (przystosowany budynek gospodarczy do mieszkania na wspólnym placu z jego rodzicami i podciągnięte wszystkie media z dużego domu) i byliśmy wspomagani obiadami przynoszonymi przez jego mamę. Do dzisiaj wszystkim tym ludziom jestem bardzo wdzięczna: jego rodzicom i siostrze. Nie byli dla mnie jakoś specjalnie serdeczni czy wylewni. Ale nie traktowali mnie źle i bardzo, BARDZO pomogli. Na tyle ile byli w stanie i na tyle, na ile umieli.

Poszukiwałam dla siebie jakiegoś chałupnictwa i znalazłam haftowanie obrusów z Cepelii. Nawet dość dobrze za to płacili. Czy umiałam haftować? Absolutnie nie. Po prostu wzięłam obrus na wzór, dostałam materiały na drugi, przyszłam do domu i spróbowałam wyhaftować te krzyżyki. Metodą prób i błędów w końcu zaczęło mi wychodzić. Widziałam tylko, że na lewej stronie inaczej to wygląda, ale na prawej wszytko było w porządku. Obrus po wyhaftowaniu trzeba było podszyć na maszynie i wyprasować i taki gotowy oddać. Płacili od ręki. Maszyna znowu się przydała.

Zmienił się w Polsce ustrój, szalała inflacja, były jeszcze kartki na cukier i mięso. W sklepach prawie nic nie było, ale można było założyć działalność gospodarczą. Tak po prostu. Kosztowało to wtedy jakieś pieniądze, ale niezbyt duże. Miałam maszynę do szycia, coś tam już umiałam na niej zrobić. Pomyślałam – czemu nie? I założyłam swoją pierwszą firmę. Nazywała się „Tina”. Dlaczego tak? Bo tak. Bez powodu.

C. d. n.

 

  • Miałam 18 lat, urodziłam synka, kupiłam ….. maszynę do szycia… najpierw prace chałupnicze, potem burda i szycie dla siebie, dziecka i przyjaciółek. … brzmi znajomo… 😀

    • Znajome epizody życia, jak zapewne wśród życiorysów wielu innych kobiet.

    • Miałem roczek (1961), moja Mama w trudnych latach komunizmu kupiła wypasioną maszynę do szycia Łucznik i szyła dla mnie, rodzeństwa i znajomych. Dorabiała szyciem. Wzięcie miały torby na zakupy, ale i jakieś sukienki i temu podobne wyroby.

  • Och, to nie jesteś żadną nowicjuszką 🙂 Ja Ci tylko mogę pozazdrościc samozaparcia i talentu.

    • Ależ jestem nowicjuszką! Chociaż może jednak nie… Widziałam dwa odcinki takiego programu w polskiej TV o młodych projektantach (coś na zasadzie Top Model, tylko z „kreatorami” mody. O matko i córko! Gdybym umiała jeszcze grać takie fochy, dąsy i kaprysy – wygrałabym ten program. Tylko że w nim nie chodziło chyba o wielkie krawiectwo.

  • Mania

    Szyć nauczyła mnie babcia i prace ręczne w szkole .Bardzo to lubiłam . A pierwszą maszynę kupiłam za naskładane pieniądze( troszkę dołożyła babcia ) na 18 urodziny (i działa do tej pory choć przybyło jej koleżanek ) Szyłam dużo dla siebie , potem dla dzieci, a po rozwodzie dorabiałam do pensji obszywając połowę koleżanek z zakładu pracy. Maszyna jeszcze nie raz pomagała przeżyć …
    Och ile nas z podobnym życiorysem ..
    Serdeczności 🙂

  • Czytam, czytam i jestem pełna podziwu dla Ciebie, głównie za to Różo, że…. zawsze dochodzisz do celu! Za twoją cierpliwość, i że tak „zadaniowo” podchodzisz do życia. Poza tym, gdsy mi stajesz przed oczami,a a poznałam Cię, więc moge powiedzieć, że nie tylko jesteś wytrwała i konsekwentna, ale również ciepła, delikatna, subtelna, kobieca…. , to czuję do Ciebie bardzo wiele sympatii i kobiecej solidarności. Jesteś super CZŁOWIEKIEM!

    • Zauważyłam, że najlepiej wychodzi mi życie, jak do niego zadaniowo podchodzę. Emocje to źli doradcy.
      Tak, zawsze osiągam swój cel. Tylko nigdy nie w tym czasie, który sobie na początku założyłam. Zawsze to trwa o wiele dłużej. Nigdy nie było tak, że wszystko przewidziałam i wyliczyłam. Po latach życia przekonuję się, ze nie wszystko ode mnie zależy. Rzadko, bardzo rzadko wszystko zależy ode mnie. Żyję wśród innych ludzi i z innymi ludźmi i nie zawsze realizacja mojego celu jest najważniejsza. Często trzeba zająć się celem innego kogoś bliskiego, wesprzeć go, dać mu/jej przestrzeń do realizacji. Czasem trzeba chwilę poczekać, aby mój cel zazębił się z celami innych ludzi albo poszukać lub poczekać na kogoś, żeby stanął na mojej drodze i wziąć go pod rękę, by móc pójść dalej. Z wiekiem nabieram życiowego doświadczenia i wiem, że nie żyję na bezludnej wyspie i do realizacji swoich celów potrzebuję wielu, wielu ludzi. I coraz mniej się spinam z terminami. Robię wytrwale krok po kroku. Aż dojdę do swojego celu. Każdego. Tylko śmierć mnie może zatrzymać.

      Dziękuję Agnieszko za wspaniałe słowa.