Maszyna do szycia (2)

Posted by on 31 maja 2016 in Blog, Styl życia | 6 komentarzy

Maszyna do szycia (2)

P1060480

Powołałam do życia przedsiębiorstwo. To było bardzo łatwe. Wymagało wizyty w kilku miejscach. W Urzędzie Miasta – wpis do ewidencji działalności gospodarczej, w ZUS-ie – zgłoszenie do ubezpieczenia (składki zaczynałam płacić od momentu pierwszej faktury, a nie od momentu zgłoszenia działalności). W Urzędzie Skarbowym – zgłoszenie do podatków i wizyta w Wojewódzkim Urzędzie Statystycznym po numer Regon. Wszędzie wizyty trwały krótko i po wypełnieniu jakiegoś niezbyt rozbudowanego formularza, po otrzymaniu potwierdzenia założenia działalności mogłam zacząć szyć i sprzedawać. Ponieważ oficjalnie byłam na urlopie wychowawczym musiałam jeszcze się postarać o pozwolenie z mojego miejsca pracy na działalność, ale oczekiwanie na stosowny dokument po złożeniu podania trwało kilka dni i nikt nie robił z tego powodu żadnych problemów. W ogóle wszystkie formalności trwały kilka dni i to wszystko było jakieś łatwiejsze niż teraz. Urząd Skarbowy mieścił się na piętrze nad Pocztą Główną i to były dwa pokoje z kilkoma biurkami i urzędnikami (miasto liczące 70 tyś. mieszkańców). Do comiesięcznego rozliczenia nosiłam do tego Urzędu oprócz faktur zakupu materiału i sprzedaży produktów jakąś książkę rozliczeniową i cienki zeszyt z ponumerowanymi przez siebie stronami, na których urzędniczka postawiła małe pieczątki.

Całe miesięczne rozliczenie to było po jednym zapisie w tej książce i w zeszycie. Pierwszy i drugi raz źle wszystko wypełniłam i wyliczyłam, więc urzędniczka wszystko ładnie od linijki przekreśliła, postawiła parafkę, zliczyła z moich faktur cyferki i sama odpowiednio wpisała i wytłumaczyła, co robię źle. Miło, sprawnie i zwięźle. Nigdy nie bałam się wchodzić do Urzędu Skarbowego na piętro nad Pocztą po starych, lekko już spróchniałych schodach. Składkę w ZUS-ie płaciłam po prostu w okienku, a w Urzędzie Skarbowym pokazywałam dowód wpłaty, co było podstawą do obliczeń podatków. Wszędzie byli przyjaźni i pomocni urzędnicy. Wiem , że ta prostota, to zasługa ustawy Wilczka.

Niezwłocznie zabrałam się do pracy. Była wiosna, niedługo miało nadejść lato, więc postawiłam na letnie bluzeczki, garsonki i spódnice. Polowałam w sklepach na jakieś tkaniny. Czasem jeździłam autobusem po tkaniny do Warszawy. Kupowałam tyle, na ile miałam funduszy – kilka, kilkanaście metrów. Jak już miałam tkaninę, wymyślałam z niej ubranie. Np. z białego płócienka w niebieskie motyle uszyłam kilkanaście prostych letnich bluzek. Ale żeby w tych bluzkach było coś, co przyciągnie do tego wzrok klientki, ozdobiłam je doszytymi z innej tkaniny kokardkami w kolorze niebieskim. Z białej żorżety powstały proste letnie garsonki, które miały zapięcia w formie podwójnych rzędów złotych guzików. Wymyśliłam jeszcze w ten sposób kilka sukienek i dwie niezwykle oryginalne spódnice. Jedna z nich składała się z jednego długiego pasa tkaniny zakładanego między nogami z przyszytymi paskami-troczkami motanymi w pasie. Układała się mniej więcej tak, jak spodnie-szarawary z tą różnicą, ze przy chodzeniu ukazywało się jakby pęknięcie ukazujące udo. Zawsze stawiałam na prosty krój i „coś” – ciekawe ozdobne zapięcie, nietypowy szczegół w nietypowym miejscu, połączenie gładkiej tkaniny z tkaniną wzorzystą, ale jeden z kolorów musiał być identyczny z kolorem tkaniny gładkiej itp.

Swoje pojedyncze, te bardziej oryginalne wyroby sprzedawałam sama na bazarach w Łodzi lub w Warszawie. W tygodniu szyłam, a w weekendy gdzieś jeździłam. Moimi odbiorcami seryjnych ubrań byli tacy jak ja mali przedsiębiorcy handlujący na rynkach i bazarach. Sprzedawałam im wszystko, co przyniosłam, a oni pytali, dlaczego tak mało i kiedy dam im więcej.  A ja nie mogłam wyprodukować więcej, bo mój warsztat pracy był… właściwie, to go nie było.

Maszyna do szycia stała na małym stoliczku, którym był kawałek płyty pilśniowej przytwierdzonej do ściany na zawiasach i podparty kołkami zrobionymi z trzonka szpadla. Za siedzenie służył mi jeden z dwóch foteli, odwrócony na czas szycia od małego stolika służącego nam za stół. Żeby tkanina nie zaczepiała się o szorstkie krawędzie płyty, obciągnęłam ją kawałkiem jakiejś tkaniny i spięłam od spodu szpilkami. Jako oświetlenie miałam biurkową lampkę oprócz małej żaróweczki w samej maszynie. Odrysowywanie szablonów i krojenie tkanin robiłam po prostu na podłodze na kolanach i w kucki. W trakcie szycia niezbędna była jeszcze rozłożona deska do prasowania i gorące żelazko. Przy małym dziecku takie czynności mogłam robić tylko wtedy, kiedy synek spał, teściowa wzięła go na spacer albo do swojego domu trochę się z nim pobawić. Zostawały jeszcze noce, pod warunkiem, że szycie na maszynie nie przeszkadzały w spaniu dziecku lub Krzysztofowi.

Od cięcia nożyczkami tkaniny na prawej ręce, w miejscach ucisku nożyczek robiły mi się pęcherze lub otarcia. Zalepiałam je plastrami i cięłam tkaninę dalej. Albo robiłam dwudniową przerwę i w tym czasie szyłam, co wykroiłam. Dłoń się trochę podgoiła i wracałam do krojenia. Po jakimś czasie miałam w tych miejscach spore zgrubienia. Wszędzie były nitki z szycia, więc bardzo często odkurzałam swoje dwa małe kawałki podłogi, które były wyłożone dywanową wykładziną

Ta produkcja trwała kilka miesięcy. Zaczęłam zarabiać dodatkowe pieniądze. Odżyłam. Lodówka była częściej pełna. Poczułam, że coś potrafię, że jestem coś warta. Że to, co robię i wytwarzam podoba się innym. Maszyna służyła wiernie. Była moją karmicielką. Ale miała swoje „humory”. Kiedy mi coś nie wychodziło i się wkurzałam, albo zaczynałam warczeć, bo przez własną nieuwagę zszyłam lewą stronę tkaniny do prawej, zaczynała zrywać nić albo pętelkować. Kiedy siadałam do niej przygnębiona albo zdenerwowana, coś niedobrego zaczynało się z nią dziać. Musiałam przerwać szycie, uspokoić się, albo w ogóle tego dnia dać jej odpocząć. Na drugi dzień działała bez zarzutu bez jakiejkolwiek regulacji czy naprawy. Nie chciała też ładnie szyć, jak jej co jakiś czas nie wyczyściłam. I nie chodzi mi w tym momencie o wyczyszczenie jej środka z pyłu z tkanin, co mogło mieć jakiś wpływ na działanie mechanizmów, tylko takiej kosmetyki zewnętrznej – wytarcia jej z kurzu w różnych zakamarkach.  Wiem, że to dziwnie brzmi. Ale jak nie zadbałam o swój dobry nastrój przy pracy i zaczęcie szycia na czyściutkiej maszynie, to nie chciała współpracować.

Zmieniały się pory roku. Wiosna przeszła w lato, lato w jesień. Tkaniny w mojej manufakturze były coraz grubsze i tu pojawił się pierwszy problem. W mojej maszynie przestrzeń pomiędzy stopką a płytką z prowadnicą i bębenkiem jest dość mała. Ten model tak ma. O szyciu dżinsu czy flauszu nie mogło być mowy. Dwa kawałki tkaniny mogłam zszyć, ale już podszycie obrębka, gdzie nakładają się trzy warstwy lub przeszycia w miejscach większych, grubszych połączeń, gdzie nakładały się np. dwa zszycia było niemożliwe. Maszyna pętelkowała, łamały się igły. Szwy dokańczałam ręcznie imitując przeszycia maszyny. Za długo to trwało.

Po drugie – przez te kilka miesięcy mojej działalności firmy rozrastały się w tempie geometrycznym. Małe biznesiki w postaci polowych łóżek na różnych lokalnych rynkach przekształciły się w sklepy, małe domowe szycia, w duże profesjonalne szwalnie. To wtedy powstawały targowiska handlowe w Głuchowie, Tuszynie i „Ptak” w Rzgowie jako satelity dla olbrzymiej ilości dużych hurtowni z tkaninami i dodatkami krawieckimi usytuowanymi w samej Łodzi.  Widziałam, jak moje malutkie szycie przestaje mieć rację bytu. Na rynku zaczęli się liczyć gracze potrafiący wyprodukować jedną bluzkę, ale w ilości kilku tysięcy sztuk w ciągu miesiąca. To wszystko działo się na moich oczach w ciągu bardzo krótkiego czasu. Jeden z moich odbiorców nawet chciał mi pomóc i zaproponował współpracę, ale nawet przy jego małej szwalni moja produkcja była niczym.

Mogłam pójść w dwóch kierunkach. Albo w szycie bardzo drogich unikatowych rzeczy do butików, co przez chwilę nawet mi się udało, albo w kierunku szycia konfekcyjnego, czyli dużej profesjonalnej szwalni. Druga droga była dla mnie kosmosem. Nie miałam pojęcia, jak by to miało wyglądać? Nie było żadnych książek o przedsiębiorczości czy prowadzeniu firm. Skąd wziąć na to fundusze? Byłam na urlopie wychowawczym, co zarobiłam dodatkowo, przeznaczałam po prostu na zwykłe życie, nie inwestowałam w rozbudowę swojego warsztatu także z tego powodu, że nie wiedziałam nic o tej branży. Widziałam tylko, że moje uszyte na domowej maszynie ubrania różnią się w technicznym wykonaniu od tych w sklepach. Kilka lat później zobaczyłam, że poszczególne operacje i przeszycia robi się w ubraniach na różnych maszynach. Niektóre służą do wykonywania tylko jednego ściegu lub obrębiania, gdzie nożyk pięknie odcina niepotrzebny paseczek tkaniny (overlock). A zaprasowywanie pod ciśnieniem parowym? To zupełnie inne bajki. Wśród moich bliskich i znajomych nie było za wiele przedsiębiorców. Jeden z kolegów Krzysztofa był inżynierem-automatykiem i on potrafił stworzyć firmę, która zajmowała się czymś, czego nawet nie potrafiłam zapamiętać. Koleżanka jego siostry miała męża, który z kolegą od handlu z polowego łóżka różnymi produktami spożywczymi przeszli do otwarcia rybnego sklepu. Poza nimi wszyscy ludzie wokół mnie pracowali gdzieś na etatach. Nie miałam kogo za bardzo podpatrzyć.

Po trzecie – miałam dosyć tego ścibolenia na podłodze, szycia w pozycji przygarbienia w kiepsko oświetlonym kąciku w momentach, w których nikomu to nie przeszkadza. Od swojego partnera życiowego nie miałam żadnego wsparcia, uznania czy nawet cienia zadowolenia, że to, co robię nie pozwala nam tak naprawdę zdechnąć z głodu. Wręcz przeciwnie – ciągle tylko słyszałam, jaka jestem kiepska i nic nie potrafiłam w życiu osiągnąć oprócz rozmnożenia się.

Po czwarte – po ostatniej partii „artystycznych” spódnic zszywanych z koronki (takiej z metra, pasmanteryjnej) na podbiciu z farbowanej ręcznie na różne kolory białej flanelki, żeby pasowała kolorystycznie do koloru koronki, zaczęłam źle widzieć. Z bliska jeszcze było dobrze, ale z odległości kilku metrów widziałam tylko zamazane plamy. Przestraszyłam się trochę.

I najważniejsze – zepsuła mi się moja kochana maszyna do szycia. Coś się stało z talerzykami napinającymi nić. Zacisnęły się na amen. Nie mogłam znaleźć żadnego warsztatu ani mechanika, który by ją naprawił. Zawiesiłam swoją działalność. W końcu ktoś mi podpowiedział, gdzie mogę ją dostarczyć do naprawy. Najpierw poszłam się upewnić, czy to prawda. To był taki mały warsztacik, do którego ludzie przynosili wszystko, co im się w domu popsuło i pan naprawiał, o ile się dało jeszcze naprawić. Przyniosłam i ja swoją maszynę i po kilku dniach odebrałam sprawną, wyczyszczoną i naoliwioną. Warsztacik mieścił się na drugim końcu osiedla, nie było tam żadnego dojazdu komunikacją miejską, na taksówkę nie było mnie stać, więc ją po prostu zaniosłam i przyniosłam. Kto wie, ile walizkowy „Łucznik” waży, niech to sobie wyobrazi.

To wszystko naraz sprawiło, że straciłam zapał do szycia zarobkowo w takim wydaniu.

Jako teoretycznie (i praktycznie właściwie też) samotna matka miałam do dyspozycji jeszcze jeden rok urlopu wychowawczego. Ale nie skorzystałam z tego. Pojawiło się coś takiego w życiu społeczeństwa, jak Urzędy Pracy i bezrobotni. Pamiętam, że na początku wszyscy dostawali zasiłki – wszystkie „niebieskie ptaki”, którzy pracą się w życiu nie pobrudzili i wszyscy uczniowie po skończeniu szkół średnich. Ale długo taki stan rzeczy nie trwał. Później trzeba było wykazać się jakimś stażem pracy. Znajomi zaczęli mnie straszyć, że po powrocie z tego trzyletniego urlopu wychowawczego na pewno dostanę wypowiedzenie, a o pracę zaczęło być nie tak łatwo. Zrobiła się nieciekawa atmosfera społeczno-polityczna. A przypomnę – nie miałam na kogo liczyć. Nikt mnie nie wspomagał żadnym dobrym słowem, radą czy zwykłym „nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Przerwałam więc urlop wychowawczy, synek poszedł do żłobka, a ja wróciłam do pracy do swojego szpitala, tylko już nie do kuchni dla noworodków, gdzie zaczynałam swoją drogę zawodową w wieku 19 lat, tylko przerzucili mnie do punktu krwiodawstwa. Praca od poniedziałku do piątku w normalnych godzinach.

Kilka pań pracujących tam ze mną zwróciło uwagę na moje ubrania pod białym fartuchem. Pytały, gdzie kupiłam i dlaczego się tak stroję do byle jakiej w sumie pracy A ja się nie stroiłam, tylko zakładałam to, co sobie wymyśliłam i uściboliłam, bo na kupowanie gotowych rzeczy w sklepach zwyczajnie mnie nie było stać. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że sama sobie uszyłam. Panie zapytały, czy nie uszyłabym czegoś dla nich i się zaczęło. Maszyna znowu zaczęła szyć.

Przy tym usługowo-indywidualnym szyciu zetknęłam się z kilkoma zjawiskami, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

C.d.n.

 

 

  • Antoni Relski

    A ja się zaparłem i nauczyłem szycia na takim Łuczniku.
    Dzieło życia to smok krakowski jako przebranie Młodego do przedszkola
    Pozdrawiam

  • Znowu odsłoniłas, inny jeszcze fragment swego ciekawego, choć niełatwego życia. Tak, wsparcie jest cholernie ważne… dobre słowo uskrzydla, dolewa paliwa… a za te szycie to Cię podziwiam! To dla mnie niepojęty artyzm, chociaż takie proste (bardzo niedoskonałe) spódnice czy kiecki na dyskotekę udalo mi się jakoś stworzyć.
    Chociaz najczęściej ich żywot krotko trwał…

    • Skoro udało Ci się stworzyć ciuszek na dyskotekę, to i z innymi rzeczami jakoś by Ci poszło. To po prostu kwestia wprawy i treningu. Im więcej godzin spędzisz przy maszynie, tym lepiej ubranka wychodzą.

  • Mania

    Strasznie jestem ciekawa Twoich spostrzeżeń z tego usługowego okresu . Też mam taki za sobą. w ogóle mamy dość podobne przeżycia ( w ogólnym zarysie oczywiście:) ) Tylko pisac tak pięknie jak Ty nie potrafię 🙂

    • Też jestem ciekawa, czy są podobne, czy się różnią 🙂