Maszyna do szycia (3)

Posted by on 7 Cze 2016 in Blog, Styl życia | 10 komentarzy

Maszyna do szycia (3)

P1030807

Szybko się okazało, że uszycie czegoś dla kogoś, a szycie dla siebie to dwie różne bajki. Niby moim współpracowniczkom podobały się moje ubrania i mój gust, ale jak przychodziło do konkretów, to chciały mieć rzeczy uszyte po swojemu. Kiedy twierdziłam, że to nie będzie dobrze na nich wyglądało (zupełnie inna figura i tusza), one upierały się przy swoim, żeby w końcu stwierdzić stojąc przed lustrem w danej spódnicy, że nie wyglądają dobrze.

Czasami miałam też wrażenie, że to, co ja widzę (mankamenty figury lub jej dobre strony) a to co widzi właścicielka owych mankamentów i atutów to jakby dwa różne obrazy. Ja i ona widzimy dwie inne osoby w lustrze. Powiedzieć wprost o mankamentach nie umiałam i nie chciałam. Nie moją rolą było wytykanie kobiecie jej niedostatków. Zakładałam, że każda kobieta ma w domu lustro i jest świadoma swoich niedoskonałości. Okazywało się, że nie każda.

W innym przypadku, kiedy upierałam się, że z tego kawałka tkaniny, który miałam przed sobą, nie da się uszyć takiej bluzki, jakiej zażyczyła sobie moja klientka, ona próbowała mi udowodnić, że jak najbardziej się da, bo tak jej powiedziała pani w sklepie sprzedająca ten kawałek materiału. Przyniosłam więc do pracy tę tkaninę z przypiętym szpilkami wykrojem, żeby pokazać, że jednak nie wystarczy. Pani mi chyba nie uwierzyła, a potem dotarły do mnie jakieś plotki, że być może ucięłam w domu kawałek tkaniny dla siebie. W dodatku w trakcie naszej rozmowy i demonstracji przyłapał mnie mój przełożony i naraziłam się na przykrą uwagę, że nie zajmuję się w pracy tym, czym powinnam (i miał rację). Przykre dla mnie było też to, jak jedna z pań zażyczyła sobie zwrotu pieniędzy za tkaninę i usługę, bo na imprezie, na którą założyła uszytą przeze mnie rzecz, jakaś jej koleżanka mocno skrytykowała to, co miała na sobie i pani stwierdziła, że więcej tego nie założy, chociaż wcześniej żadnych uwag nie miała.

Odkryłam, że to co mówi ktoś inny o mojej klientce jest dla niej dużo ważniejsze, niż co ona sama o sobie myśli i sądzi. Dla mnie wtedy, młodej jeszcze kobiety, było to niepojęte. Żeby jeszcze był to ktoś bliski (mąż, chłopak), ale osoba, którą rzadko widywała? W sumie, po tych kilku razach, zrezygnowałam z szycia czegokolwiek dla kogoś. Nawet dla tych pań, które były zadowolone z moich usług. Doszłam do wniosku, że nie chcę się tym zajmować. Za dużo stresu i kłopotów. Nie byłam wtedy jeszcze dość asertywna i niby z paniami uzgadniałam kwotę pieniędzy za usługę, a później one próbowały wymusić na mnie, żebym zadowoliła się mniejszą sumą, no bo przecież się znamy i powinnam właściwie to robić za darmo jako koleżeńską przysługę. Słów wypowiadanych do mnie „przecież się jakoś dogadamy” nienawidzę do dzisiaj.

Tak naprawdę nie miałam też za dużych umiejętności krawieckich. Tych wszystkich sztuczek, które pozwalają ukryć niedoskonałości albo sprawić, że ktoś będzie się czuł w danym ubraniu znakomicie. Po prostu nie chciało mi się w to zagłębiać.  Te dwie czy trzy porażki skutecznie mnie wyleczyły z krawiectwa usługowego. Poza tym odczułam też wokół siebie pogarszającą się atmosferę. Jakieś plotki, zazdrość, urywanie rozmów, gdy wchodziłam do jakiegoś pomieszczenia. O co i dlaczego? Nie wiedziałam, ale i nie pytałam nikogo, mało mnie to obchodziło. Przychodziłam, wykonywałam swoją robotę i wychodziłam.

Z tej pracy po roku odeszłam na własną prośbę. Chciałam się dalej uczyć, rozwijać, skończyć jeszcze szkołę po liceum, która dałaby mi jakiś zawód. Spodobała mi się praca przy analizach lekarskich w punkcie krwiodawstwa. Zaczęłam pytać i dowiadywać się, czy mogłabym kształcić się w tym kierunku. Teoretycznie mogłam, ale na naukę w systemie zaocznym musiał wyrazić zgodę mój szpital, w którym pracowałam, a ani administracja szpitala, ani mój bezpośredni przełożony takiej zgody mi nie dał. Dlaczego? Nawet nie pamiętam, ale nie było to nic konkretnego. Jakieś mętne tłumaczenia o niczym. Nie chciałam do końca życia myć probówek i podłóg za pieniądze, które nie pozwalały mi się z dzieckiem utrzymać nawet na skromnym poziomie, widząc codziennie pogardliwe spojrzenia lekarzy, pielęgniarek i pań magister z pracowni laboratoryjnych – więc odeszłam.

Trafiłam do gastronomii i odkryłam, że można pracować z przyjemnością.

Odeszłam od Krzysztofa. Wyszłam za mąż. Za właściciela szwalni z profesjonalnymi maszynami do szycia i prasowalnicami. I pomimo, że szwalnia nie była jakaś nowoczesna, zobaczyłam, jak powstają, w jakim tempie i jak wygląda to od strony technologicznej. Nigdy na Łuczniku i przy pomocy domowego żelazka nie uzyska się takich zaprasowań i szwów. To po prostu inne bajki.

Z tamtego domu nie zabrałam prawie nic. Trochę osobistych rzeczy swoich i dziecka. I maszynę do szycia, bo uważałam, że jest po prostu moja. Powodziło nam się bardzo dobrze, sklepy też były świetnie zaopatrzone w ubrania, a ja na co dzień miałam dostęp do hektarów hal targowych z fatałaszkami i kreacjami, o jakich wcześniej mi się nie śniło. I nie tylko do wyrobów gotowych, ale także do mnóstwa producentów tych ubrań. Jak coś mi się podobało – natychmiast to miałam. Mogłam sobie też pozwolić na kupno bardzo drogich, wyjątkowych ubrań i dodatków do nich. Czego ja nie miałam! Kilkadziesiąt par butów, mnóstwo torebek, biżuterii, kurtek, płaszczyków, sukienek, bluzek i spódniczek… nowy wystrój mieszkania, nowy samochód, nową własną firmę, imprezy, nowe życie. Na początku zachłysnęłam się tym wszystkim, ale później odkryłam, że z nowej rzeczy cieszę się tylko w momencie kupowania jej, a sama zostałam zatrzaśnięta w złotej klatce.

Maszyna do szycia cały czas wiernie mi jednak towarzyszyła. Co prawda nie szyła już ubrań, ale cały czas się przydawała. Kiedy chciałam mieć obrus na stole w niezwykłym kolorze i o ciekawej fakturze, kupowałam odpowiednią tkaninę, kilka minut na zrobienie podszycia i obrus był. Okryłam przy tej okazji, że bielizna stołowa nie może być uszyta z jakiejkolwiek tkaniny, tylko z tkanin do tego przeznaczonych, ponieważ np. z czegoś, z czego szyje się zasłony nie dopiorą się plamy po jedzeniu.

Kiedy nie mogłam znaleźć firanki do pokoju córeczki, która własnie się urodziła, to kupiłam tiul, kawałki innej tkaniny w odpowiednich kolorach i odcieniach i firankę pasującą do wystroju pokoju stworzyłam. Synek na firankę pasującą do jego mebli też się załapał. Miałam taki swój plan pracy zarówno zawodowej jak i wszystkich czynności w domu na każdy dzień tygodnia. Bardzo precyzyjny plan i pilnowałam go bardzo, żeby nie wypaść z rytmu, bo niezrobienie czegoś jednego dnia skutkowało tym, że w następnych dniach nie mogłam tego nadrobić, bo doba nie dawała się rozciągnąć. Do tego planu należało prasowanie wysuszonego prania z całego tygodnia i układania tego w stosiki lub wieszania poszczególnych rzeczy w odpowiednich szafach: mojej, męża, syna i córki. Przez cały następny tydzień wszyscy tylko wyjmowali i ubierali. Robiłam to w niedzielę pomiędzy serialem „Na dobre i na złe” i „Przyjaciele”. W trakcie tego prasowania często kilka rzeczy wymagało jakiegoś naprawienia: a to nadpruł się szef, a to urwał jakiś wieszaczek albo zepsuł suwak w spodniach. Wyciągałam więc maszynę do szycia i to wszystko od ręki reperowałam.

Kiedy córeczka skończyła 3 lata, wymyśliłam sobie salon odzieżowy w męskimi garniturami. Artysta-plastyk sklep zaprojektował, mąż ze swoim bratem (też z branży) towar zapewnili, resztę dodatków dokupiliśmy. W salonie tym było małe pomieszczenie, w którym urządziliśmy małą pracownię krawiecką, w której stanął mój Łucznik. Warunkiem przyjęcia do pracy ekspedientki były jej zdolności krawieckie i miałam takie trzy czarodziejki. Garnitury były dopasowywane na miejscu dla panów na poczekaniu, jeżeli praca przy garniturze nie przekraczała kilkudziesięciu minut. Zwykle były to małe poprawki dotyczące skrócenia spodni, zwężenia lub rozszerzenia tych spodni w pasie, skrócenia rękawów w marynarce. Klienci w tym czasie mogli napić się kawy lub herbaty podanej przez ekspedientki przy specjalnie zaprojektowanym do tego stoliku i miejscu do siedzenia przy przymierzalniach. Jeżeli poprawka miała trwać dłużej – odbierali garnitur na drugi dzień.

Po sześciu latach zamknęłam swój sklep. Rozpadło się małżeństwo (stali czytelnicy wiedzą dlaczego), rozleciał się biznes.

Wyszłam z domu z torebką na ramieniu, wzięłam kilka osobistych rzeczy, książki i … maszynę do szycia. Dlaczego akurat tę maszynę? Tak naprawdę nie wiem. Wielu różnych szczegółów z tamtego okresu po prostu nie pamiętam. Chyba po prostu wzięłam to, z czym do tego mieszkania się wprowadziłam. Zostawiłam za sobą absolutnie wszystko i pojechałam objąć pewne stanowisko w mieście oddalonym o 400 km. Zaczęłam od początku, musiałam narodzić się na nowo. Odejście stamtąd było tak naprawdę moją walką o życie. Nie, nie w przenośni. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie. To akurat wiem. I urodziłam się jeszcze raz.

Maszyna do szycia po prostu ze mną była. Nie używałam jej przez około dwa lata. Aż do czasu, kiedy pojechała ze mną do Torunia. I znów przydawała się czasami do przeszycia nadprutego szwu czy uszycia fikuśnej zasłonki na okno z resztek kupionych w Obi. To czas budowania życia z RR. Pięć lat szczęśliwego czasu.

Po podjęciu decyzji przez nas o kupieniu biletu tylko w jedną stronę i zamieszkaniu poza granicami kraju, maszyna została spakowana w raz z innymi rzeczami i została w Polsce. To wtedy zaczęłam prowadzić swój blog, gdzie szczegóły mojego życia się przewijają. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek do niej zajrzę i czy w ogóle coś takiego będzie mi jeszcze kiedykolwiek potrzebne. Dałam ją siostrze RR. A po dwóch latach, mieszkając już w obecnym mieszkaniu, szukałam zasłony, którą mogłabym oddzielić malutki przedpokój od salonu. Zasłona musiała mieć odpowiedni rozmiar (mniej więcej, oczywiście) i być w jednym z czterech kolorów: czerwona, czarna, biała lub szara. I nie mogłam nic takiego długo znaleźć. Bo albo nie ta długość, albo było mnóstwo różnych, tylko ani jednej jednokolorowej, albo jak już znalazłam odpowiednią, to cena rzuciła mnie na kolana. Ja szukałam kawałka tkaniny, która dałaby się powiesić na karniszu, a nie designu od Versace. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam o mojej maszynie do szycia. Że dobrze byłoby ją mieć tutaj na miejscu, bo mogłabym kupić tkaninę i uszyć sobie różne potrzebne mi obrusiki, zasłony, firaneczki. Poskracać, ozdobić i co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy. Przyszyć tasiemki do ściereczek i ręczników, by nie spadały ciągle z wieszaków. Zatęskniłam za nią, kiedy odkryłam fajny hinduski sklep z tkaninami i olbrzymi sklep Hobbycraft z najprzeróżniejszymi dodatkami do szycia. I przyszedł moment, o którym napisałam tutaj – o trwałości rzeczy.

 …ta maszyna do szycia ma dla mnie wartość sentymentalną. Towarzyszy mi w moim całym dorosłym życiu… Jej wartość wykracza dla mnie poza jej przedmiotowość…

Trochę się zmieniła przez te prawie 30 lat. Jej części wykonane z plastiku trochę ściemniały. Ja też posiwiałam i się gdzieniegdzie pomarszczyłam. Ale obydwie działamy jeszcze całkiem sprawnie. I tak łatwo nic nas nie pokona. No bo kto da nam radę?

20160607_121211

 

 

 

 

  • Jaka pasjonująca seria opowieści. O szyciu i w podtekście o …życiu.
    Niewiele brakowało, a sama przeszłabym podobną drogę. Niestety, wygląda na to, że zabrakło mi krawieckich umiejętności. W przeciwnym razie mogłabym otworzyć w stosownym czasie własny butik. Trochę mi tego szkoda.

    • Szycie a prowadzenie butiku to dwie różne sprawy, dwa odrębne biznesy. Nie bardzo wiem, jak to można by upchnąć w ciągu jednej doby. Chyba, że i tu i tu działaliby pracownicy, a Ty byś tym zarządzała. Nie żałuj. Zawsze możesz to jeszcze zrobić 🙂

  • Mania

    Ale cudna opowieść ! 🙂
    Z czasów prowadzenia małego zakładu krawieckiego mam takie same doświadczenia z klientkami , jak Ty. Tylko wytrzymałam dłużej, z konieczności prawie dwa lata . Ale wtedy właśnie zaczęłam się uczyć asertywności , co owocuje do dzisiaj. A wiesz, że jeszcze parę lat po zamknięciu zakładu były jeszcze trzy klientki tak zadowolone z mojego szycia, że przyjeżdżały kilka razy do mnie do domu z materiałami pytać czy nie uszyję im czegoś 🙂 To było miłe ,ale się nie złamałam. Był już inny plan na życie 🙂
    Dobrego życia Różo ! 🙂

    • A myślałam, że czymś mnie jednak zaskoczysz 🙂

      Satysfakcja – to coś absolutnie bezcennego.

  • Alis

    przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, tekst do przemyśleń 🙂

    uśmiechy zostawiam i pozdrowienia A.

  • Antoni Relski

    A my mamy jeszcze starszy model
    Pozdrawiam

    • Te starsze były całe metalowe, bez plastikowych części. Jeszcze solidniejsze i trwalsze. Siostra Krzysztofa własnie taką miała. Łatwiej też jej maszynę można było wyczyścić samemu i naoliwić.

  • Ja.

    Też mam maszynę do szycia ,ale trochę młodszą od Twojej . Zresztą i ja jestem conieco młodsza 😉 .
    Szyć też umiem , ale nie lubię ;P

    Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego Ci życzę !