Szpital i te sprawy

Posted by on 30 Cze 2016 in Blog, Społeczeństwo | 6 komentarzy

Szpital i te sprawy

foto telefon 506

 

Niby urlop, a nie wiem, w co ręce najpierw włożyć. Chcę pomóc córce przygotować się do wyjazdu wakacyjnego do Londynu, więc i spraw do ogarnięcia jest kilka. Co chwila odbijam się od muru niemożności, tumiwisizmu, gównianych procedur i przepisów wymyślonych tylko po to, by jakoś usprawiedliwić zatrudnienie setek tysięcy urzędników. Stworzonych tylko po to, by zwykłym ludziom utrudnić życie. Odzwyczaiłam się od tego, więc moje zdumienie i pytania wprawiają urzędasów w osłupienie.

W system eWUŚ, czy jak on tam się zwie, w ubezpieczenie córki, wkradł się błąd. Jest ubezpieczona jako członek rodziny u swojego ojca. Ale w systemie wisi jeszcze podczepiona pod moje ubezpieczenie sprzed kilku lat. Do głowy mi nie przyszło, żeby ją wyrejestrować przed wyjazdem z Polski. Naiwnie myślałam, że skoro moje ubezpieczenie przestało istnieć, to jej automatycznie też. Zwłaszcza, że to ubezpieczenie nawet nie od ostatniego pracodawcy, tylko jeszcze poprzedniego.  I system „czyta” obydwa wykazując np. w klinice, że jest nieubezpieczona. Dzwonię do toruńskiego NFZ, by jakoś to załatwić. Telefonicznie nic nie mogę zrobić. W dodatku pani, z którą rozmawiam jest opryskliwa i oburzona, że takich rzeczy nie załatwia się przez telefon. Proszę więc o wskazówki, jak się mogę zalogować do systemu i zmienić te dane. Pani ledwo łapie powietrze z oburzenia. Po kilku telefonach trafiam w końcu do łódzkiego NFZ i tam w końcu miła i nareszcie kompetentna dziewczyna tłumaczy mi, gdzie skierować pismo i o jakiej treści, by (uwaga!) specjalna komisja do korygowania tego typu błędów pochyliła się nad moją sprawą, błąd naprawiła i odpowiedziała mi również listownie o załatwieniu (lub nie) mojej prośby.
– To po co ten system za grube miliony? – pytam miłą dziewczynę. – Systemy tworzy się po to, by było prościej.
Piszę więc pismo w imieniu córki, a moje emocje gotowe są podpalić budynek NFZ z całą jego zawartością, zwłaszcza ludzką. Z innego urzędu tata córki bierze inne pismo, by przedstawić je w jeszcze innym oddziale NFZ, bo potrzebna jest na wyjazd Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego. Wydana zresztą tylko do daty ważności legitymacji szkolnej. Kursuję dwa dni pomiędzy kilkoma polskimi miastami z tymi samymi urzędami NFZ, podczepionymi do jednego systemu eWUŚ, by załatwić bzdurę jako obywatelka tego kraju, którą w Anglii jako emigrantka załatwiłam dla siebie tuż po przyjeździe jednym zwykłym listem na pięć lat, po podaniu imienia, nazwiska, adresu zamieszkania i  brytyjskiego „pesela”.

Przez kolejny dzień towarzyszę córce w jej klinice. Trzeba sprawdzić przed wyjazdem, czy wszystko w porządku z jej organizmem. Wizyta była ustalona trzy miesiące wcześniej. Najpierw wizyta w laboratorium i pobranie różnych rzeczy do badań. A potem mamy około trzy godziny wolnego czasu w oczekiwaniu na wyniki. Znajdujemy przyjemny szpitalny bufet, w którym jemy pyszne śniadanko. Moja jajecznica ze szczypiorkiem była wyborna, naleśniczki córki też, tylko pani je podająca skwaszona i burcząca. Dlaczego? Nie wiem. Staram się ją ignorować, bo nie mam ochoty walczyć z całym światem. Pogoda piękna, od kilku dni słońce nie przestaje świecić. Bufet zaopatrzony w różne smakowitości i menu obiadowe godne dobrej restauracji. Z bufetu wyjście do ogrodu z fontanną. W takich okolicznościach przyrody, z dobrym żarełkiem w zasięgu, to ja mogę czekać na wyniki badań córki nawet pół dnia.

foto telefon 510

 

 

Po jakimś czasie córka idzie sprawdzić w jakimś komputerze, czy już są wyniki na które tak bardzo czekamy. Są! Idziemy więc pod gabinet lekarski. Lekarka, z tytułami naukowymi wyglądająca tak, że nich się celebrytki schowają, miło i kompetentnie wszystko córce wyjaśnia, tłumaczy od czasu do czasu wklepując coś w komputer. Badania są dla niej dostępne on-line. Recepty po chwili wypluwa drukarka. Córka z lekarką przerzucają się nazwami i całą tą terminologią medyczną jak równorzędni partnerzy. Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest jedno – że nie jest gorzej, że znów są obniżone dawki najbardziej niebezpiecznych dla organizmu leków i że pani doktor leczy człowieka, a nie chorobę. Ja mam inne pytania i na nie też dostaję wyczerpujące odpowiedzi, wskazówki, rady. Cała wizyta bardziej przypomina spotkanie towarzyskie niż wizytę w gabinecie lekarskim ze śmiertelną chorobą robiącą za tło.

Wracając do domu cały czas mam na myśli ludzi, których spotykam wszędzie wokół siebie. Z którymi co chwila mam styczność i którzy, czy tego chcę, czy nie – czy mi się to podoba, czy nie, mają kolosalny wpływ na moje życie i samopoczucie. Kilka osób z polskiego NFZ-u doprowadziło mnie z powodu błahej sprawy do furii i chęci popełnienia zbrodni na ludzkości. Piękna pani doktor dała nadzieję i spokój na dwa miesiące. A młody kierowca busa, którym wracałyśmy do domu podał gotowy tekst do kabaretu.

Kilka minut po ruszeniu, wziął telefon komórkowy do ręki i głosem dochodzącym do każdego pasażera, w czasie jazdy po bardzo ruchliwych ulicach dużego miasta zgłosił wszystkie usterki i nie działające rzeczy w busie swojemu dyspozytorowi czy innemu szefowi. Na tej liście była nie działająca klimatyzacja. Wspominałam, że za oknami (nieotwieralnymi!) było 34 stopnie Celsjusza? Nie ośmieliłam się zapytać, czy dojedziemy żywe.

 

 

  • Ha ha ha, opisalas pieknie to wszystko co ja przezywalam z kazda wizyta w Pl, na szczescie zusow sie nie musialam prosic o nic a to jeszcze nic nie wiadomo bo jakas emerytura mi sie za te pare lat pracy nalezy, co nie. Jakies 20 zl miesiecznie, nie wiem ile podwyzki dostalam w tym roku.
    No ale najwazniejsze ze dojechalyscie zywe bo chyba z nieba nie piszesz 😉

    • Lekko blanszowane, ale żywe 🙂
      Wyobraziłam sobie taką sytuację w samolocie. Pilot informuje przed startem pasażerów o wszystkich usterkach samolotu przez głośniki. Ciekawe ile osób by wysiadło 🙂

  • Alis

    dzięki Twoim tekstom dokładniej zauważam te zachowania, któe jednak uważałam za normę… Dzieki postom na blogach mozna poznać normalność w innych krajach

    • Mnie ta „norma” zawsze, od dzieciństwa przeszkadzała. Przez kilkadziesiąt lat nie potrafiłam się przyzwyczaić do tego i zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy mnie nie znają, którym nic złego nie zrobiłam, nienawidzą mnie i za wszelką cenę starają się, by moje życie stało się nieznośne, przykre i smutne.

      • Issa

        A ludzie ktorzy Cie znaja maja prawo Cie nienawidzic i uprzykrzac Ci zycie?:P

        Tak, zauwazam tez te same sprawy i czasem, kiedy mam dobry humor staram sie ich nie zapamietywac. Ale kedy humor mi siada, dzialaja jak plachta na byka…

        Przykre, ze trzeba wyjechac daleko, zeby poczuc sie normalnie:/

        Przy okazji – ciekawa jestem co myslisz o Bexicie i jaka jest Twoja sytuacja? Rozumiem, ze zostajesz, bo masz prace?

        • No wiesz, Issa – zakładam, że tym, co mnie znają jakoś się do tej nienawiści przyczyniłam. Świadomie lub nie.

          Moja sytuacja po Brexicie jest dokładnie taka sama jak przed. Czyli świetna.