Czy w Wielkiej Brytanii biją Polaków za mówienie po polsku?

Posted by on 20 Wrz 2016 in Blog, Społeczeństwo, Za granicą | 6 komentarzy

Czy w Wielkiej Brytanii biją Polaków za mówienie po polsku?

20160912_145730

 

Media podają, że po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej odnotowano ponad trzy tysiące aktów wrogości wobec imigrantów. W tych trzech tysiącach znalazło się kilka-kilkanaście aktów wobec Polaków. Przynajmniej o tylu napisano w mediach. Dużo to czy mało? Biorąc pod uwagę, że jest nas tutaj co najmniej milion (według moich obserwacji – więcej) nie jest to jakaś porażająca liczba. Ponad wszelką wątpliwość przypuszczam, że takie ataki miały miejsce także wcześniej, bo chuliganów, osób uprzedzonych i zwyczajnych świrów nigdzie nie brakuje. Teraz jest to po prostu bardziej medialne i wpisuje się w różne założenia i tezy dziennikarskie związane z Brexitem.

Największy rozgłos nadano bójce, w  wyniku której zmarł jeden Polak. Z ulicznych kamer wynika, że po zamówieniu pizzy wraz z dwójką znajomych wyszedł na zewnątrz, gdzie wdał się w kłótnię z grupą nastolatków. Został uderzony w twarz, przewrócił się i doznał urazu głowy, co przyczyniło się do jego śmierci. Kilka dni później, przed pubem o 3.30 nad ranem zostało pobitych dwóch innych Polaków. Co jakiś czas czytam o jakimś incydencie związanym z naszym rodakiem i zawsze w tle pojawia się późna wieczorna godzina lub noc, pub, kłótnia, inna agresywna grupa najczęściej również imigrantów. Pojawiło się kilka obraźliwych napisów na ścianach polskiej instytucji czy domów zamieszkanych przez rodaków. Kilku naszych rodaków usłyszało od swoich współpracowników, że przyszedł czas na powrót do swojej ojczyzny.

Czytając polskie medialne doniesienia mam wrażenie, że w UK Polaków biją, wyzywają, mordują i prześladują. I to za to tylko, że są Polakami i mówią po polsku w miejscach publicznych. Czy media opisujące wydarzenia i moja rzeczywistość to jakieś dwa równoległe światy? Bo ja widzę i słyszę coś innego. Nigdzie i nikt nigdy nie zwrócił mi uwagi za mówienie w ojczystym języku. Nawet w pracy, gdy pojawiła się kartka od przełożonego, by nie używać innego języka niż angielski, co opisywałam w tym poście. Owszem, zdarzyły się uwagi od dwóch klientów zaraz po referendum o pakowaniu się i powrocie, co totalnie zignorowałam. Rozumiem, że mają prawo czuć się niekomfortowo, gdy tylu obcych przybyszów przyjechało i osiedliło się w ich kraju. Poprawność polityczna zamykająca im usta zawsze i wszędzie nagle poluzowała im kaganiec i uwolniła ich nastroje. To nawet i lepiej, bo przynajmniej słychać, co myślą naprawdę. Natomiast ja nie mam sobie nic do zarzucenia – wszystko związane z moim pobytem, mieszkaniem i pracą jest legalne i zgodne z każdą literką brytyjskiego prawa. Ciężko pracuję, nie biorę żadnych benefitów, nikim nie pogardzam – ani tubylcami, ani innymi imigrantami. – Yes, I’m an alien, but I’m a legal alien – odpowiedziałam kiedyś pani, która zapytała mnie, dlaczego nie wracam do siebie. Ot, i wszystko.

20160912_145700

 

Celowo podałam powyżej te, a nie inne szczegóły z napaści na Polaków, by na coś zwrócić waszą uwagę.

Nie dalej jak wczoraj jakiś Polak pod moim oknem spotkał swojego ziomka. Przez pół godziny opowiadał, komu chce wpierdolić, komu, jak i co by zajebał, na kogo położył chuja. Od czasu do czasu pod adresem przechodzących ludzi wykrzykiwał you fucking idiot. Po pół godzinie sama miałam ochotę zejść na dół i spuścić mu łomot. Że nie oberwał od któregokolwiek z adresatów jego jakże przyjaznych słów szerzących pokój za ziemi zakrawa na cud. Sprzyjała mu chyba tylko pora dnia, bo było koło południa. W nocy kilku innych podobnych „królów świata” narąbanych i upalonych pewnie by się mocniej skonfrontowało z jego gębą wysyłającą w świat zaproszenie do kłopotów.

W ostatnią sobotę, kiedy wracałam do domu z pracy o drugiej w nocy, po drugiej stronie ulicy na której mieszkam, szło dwóch pijanych młodych Polaków. Jeden z nich urywał i rozbijał lusterka w zaparkowanych samochodach, bo był ciekaw, w którym samochodzie włączy się alarm. Tak dobrze się bawił, że postanowił wbiec i poskakać na dachu jednego z tych samochodów. Nie udało mu się tylko chyba dlatego, że był za bardzo pijany. To, że to byli Polacy poznałam po jakże soczystej ojczystej mowie, w której przeważały słowa typowo rynsztokowe. Gdyby jeden z właścicieli któregokolwiek z tych samochodów wybiegł na ulicę i sam wymierzył sprawiedliwość, pomyślałabym, że dostał to, na co sobie zapracował.

A jak myślicie? Ci pobici panowie pod pubem między trzecią a czwartą rano, to co tam robili? Odmawiali zdrowaśki po polsku? A ci co zamówili pizzę – czemu wyszli przed lokal i wdali się w pyskówkę z grupą nastolatków szukających wrażeń w miejscu uznanym w tej miejscowości za niebezpieczne? Jak myślicie – rozmawiali z nimi językiem z „Pana Tadeusza”?

Nie twierdzę, że przypadki napaści, pobić czy gwałtów nie mogą się zdarzyć przypadkowym niewinnym niczemu ludziom. Nie twierdzę, że mnie to się nigdy nie zdarzy, zwłaszcza, że moje powroty z pracy są o niebezpiecznych porach. Ale twierdzę, że często z perspektywy wykonywanej pracy w pubie i powrotów z niego jestem świadkiem takich zdarzeń, że właściwie to dziwię się, że Polacy obrywają tak rzadko.

Zanim znów ktokolwiek napisze, że kolejny Polak został pobity za to, że mówił po polsku, dobrze by było, aby był na tyle dociekliwy i zapytał: co mówił.

Najwyższa pora by nauczyć się żyć bezpiecznie w niebezpiecznym świecie.

  • Małgorzata Mirkiewicz

    Wiesz,że moja córka też mieszka w UK i to już 12 lat. Pracuje podobnie jak Ty w gastronomii ( od samego początku legalnie i 12 lat w tej samej sieci 🙂 ) i także zdarza jej się wracać nocą do domu , gdy to ona zamyka lokal. Od brexitu ciągle pytam o antypolskie ekscesy, bo zwyczajnie się o nią boję . Ale jak dotąd nie spotkała się z nieprzyjemnościami, a czytając post czułam się jakbym z nią rozmawiała 🙂 Pozdrawiam serdecznie .
    P.S. temat posta zmusił mnie niejako do zaprzyjaźnienia się z Disqusem 🙂

    • Róża Wigeland

      Ja też na początku warczę na nowinki techniczne, a potem się z niektórymi zaprzyjaźniam. Mało tego – później się zastanawiam, jak ja mogłam wcześniej bez nich funkcjonować!

      Co do Twojej córki i naszych rozmów, także prywatnych – cieszę się, że nie jestem osamotniona w swoich poglądach, bo czasem się czuję, jakbym miała przeciwko sobie cały świat. Pozdrawiam serdecznie Was obie 🙂

      • Małgorzata Mirkiewicz

        Pozdrawiamy obie wzajemnie , ona też tu podczytuje 🙂 Już dawno uważam, że większość tych , którzy na emigracji – i mam tu na myśli ostatnią falę emigracji, gdzieś tak od 2000 r a już na pewno od 2004 ( o wcześniejszych nie będę się wypowiadać bo nie mam osobistych doświadczeń) narzekają, mają wszystko wszystkim za złe, są pełni buty i takiego bijącego od nich sięnależejstwa nigdzie nie dadzą sobie rady , ale to niestety często oni wyrabiają nam opinię i stąd biorą się te stereotypy będące w obiegu.

  • toya kati

    Calkowicie sie z Toba zgadzam, mieszkam w Londynie od 13 lat i nigdy nie spotkalam sie z przejawami jakiejkolwiek niecheci.
    Wyobraz sobie taka ilosc cudzoziemcow w Polsce, co by sie wtedy dzialo ..?
    Mozliwe jednak, ze poza Londynem jest juz inaczej.

    • Róża Wigeland

      W mniejszych miejscowościach jest trochę inaczej – wiem to od znajomych. Na początku miejscowi przyglądają się przybyszom z pewną dozą nieufności. Ale jak nowi zachowują się w porządku, to i żadnej niechęci później nie ma, a lokalni sklepikarze zaczynają np. sprowadzać dla Polaków ich produkty do sklepów.

  • Iwona A.

    Śfienta prawda.
    Ament
    🙂