Zakupy i pozakupowe refleksje

Posted by on 13 Paź 2016 in Blog, Styl życia | 11 komentarzy

Zakupy i pozakupowe refleksje

Ja to jestem jednak typowa baba – pomyślałam o sobie wracając z galerii handlowej, do której pojechałam po białe bluzki do pracy.

img_20161011_165654_hdr

 

 

Te które kupiłam kilkanaście miesięcy temu podniszczyły się od częstego noszenia i prania. Wszak biała bluzka do pracy jest na raz, a czasami i na pół raza. Nawet jak nie ma na niej plam, to nie wyobrażam sobie założyć jej na następną zmianę. A żeby jakoś w miarę wygodnie funkcjonować muszę mieć ich kilka. Pojechałam więc do galerii, która składa się w całości ze sklepów outletowych. Nie zależy mi na ostatnich krzykach mody. Mogę mieć bluzki sprzed dwóch a nawet i więcej sezonów. Biała normalna koszulowa bluzka to coś, co chyba ma w swojej szafie każda kobieta, bo każdej kobiecie w niej jest dobrze – i nastolatce, i babci, i Murzynce. A dlaczego jestem typowa baba? Bo bluzkę kupiłam jedną. A oprócz niej dwie pary butów. Jedne do chodzenia na co dzień, drugie na dużą uroczystość w przyszłym roku. Bo jak będę ich szukała tuż przed imprezą, to oczywiście nie znajdę, bo zawsze… a to nie ten kolor, a to nie ten fason, a jak już są, to cena jest niemoralna.

2016-10-13_13-49-43

Kilka razy ostatnio zastanawiałam się nad swoim stylem ubierania się, który chyba nigdy się zmienił. Odkąd pamiętam zawsze nosiłam to samo. Pierwsze dżinsy miałam w wieku 25 lat. Wcześniej tylko normalne spodnie, ze dwa razy spodnie sztruksowe. Zawsze lubiłam żakiety, kostiumy, klasyczne sukienki. Bluzki lubię tylko białe, inne kolory jakoś mnie „gryzą”. Wszystkie ubrania są jednokolorowe, ze wzorów dopuszczam tylko dwukolorowe paski. Lubię przeróżne apaszki i szaliki, bo bardzo często zimno mi w szyję i ramiona. Tylko butów na szpilce nie noszę tak często jak kiedyś, czyli przez cały czas. Jakoś mi się nie chce. Może dlatego, że od dłuższego czasu więcej chodzę niż jeżdżę samochodem. W Anglii zaczęłam nosić kapelusze, bo tutaj nikt mi się tak nie przygląda, jak w Polsce i mogę czuć się swobodnie.

Zastanawiałam się nad swoim stylem, bo chyba najwyższy czas go zmienić. Przecież nie mogę nosić tego samego w wieku dwudziestu lat i pięćdziesięciu! No i… nie umiem. Sięgam czasem po coś innego w sklepie, przymierzam i bardzo szybko to zdejmuję, bo wyglądam jak własna babcia. No ale prawie jestem babcią (potencjalną), to może i powinnam tak się ubierać? Ale tak się nie czuję, więc temat zmiany stylu pozostawiam otwarty.

Miałam w swojej szafie kilka ubrań, które „oszczędzałam”. Zakładałam je rzadko, w jakichś wyjątkowych sytuacjach. Nie, żeby były na jakieś nie nadające się do noszenia na co dzień. To była bariera raczej w mojej głowie. Bo daną sukienkę kupiłam z powodu jakiegoś wyjścia do teatru albo białą bluzkę pod ten elegancki czarny żakiet. Ale przecież to tak naprawdę ubrania do noszenia. Dlatego je kupiłam. Żeby nie były na ten jeden raz. Wisiały więc sobie latami w szafie i tylko je oglądałam na wieszaku. Aż wyglądały jak z poprzedniej epoki, bo to i tkaniny zaczęły być inne, i kroje, i długości. I rzeczy, do których je nosiłam zniszczyły się i wymieniłam je na inne, a do tych nowszych przestały pasować. Nie ponosiłam ich, a i tak wyrzuciłam – po co więc je oszczędzałam? Nie wiem.

Przestałam to robić kilka miesięcy temu po pewnym smutnym wydarzeniu. Zmarła chrzestna RR . Umarła, bo była chora na raka. Zdiagnozowano go, gdy było za późno na leczenie. Całe życie ciężko pracowała, wychowywała dzieci, oszczędzała. Jesień życia chciała spędzić spokojnie i dostatniej. Wybudowała dom, który bardzo ładnie wykończyła i urządziła. Niestety, nie zdążyła się nim nacieszyć. Odeszła na zawsze. I to mi uświadomiło, że ja też tak robię. Co prawda nie z domem, ale z innymi rzeczami. „Lepsze” kosmetyki zostawiam na większe okazje, które trafiają się dwa, trzy razy w roku. Niektóre ubrania latami wiszą nieużywane w szafie. Miejsca do zobaczenia i podróże odwlekam w czasie nie bliżej nieokreśloną przyszłość – może kiedyś. Elegancki długopis zamiast w torebce, leży w etui w szufladzie biurka…

I nagle śmierć kobiety, której nie znałam i która nie była dużo starsza ode mnie uderzyła mnie jak obuchem – po co ja to robię? Dla kogo? W jakim celu? Żeby nie zabrakło? Ale nigdy nie było tak, żeby czegoś nie było. Zawsze było. Czasami bardzo skromnie, czasami na bogato. To tylko rzeczy, które mają mi służyć, sprawiać radość. Po to je przecież kupiłam lub dostałam, czyż nie?

img_20161012_122322_hdr

Białą bluzkę zaczęłam nosić do pracy. Perfum, które dostałam w prezencie używam częściej. Nie mam w szafkach talerzy czy szklanek, które używam tylko na wyjątkowe okazje – wszystko jest do użytku codziennego. Podróże lub miejsca do zobaczenia w pobliżu dostają od razu konkretną datę do realizacji. Żyję teraz, nie kiedyś. Chcę się cieszyć tym wszystkim teraz. Dzisiaj.

Tego „później” może nie być.

  • Różo
    też tak kiedyś miałem. I powoli i ciągle się tego oduczam.
    No jakże widzę swoją szufladę i ładne nowe długopisy nieużywane.
    Albo bluzę w szafie, którą niedawno wyciągnąłem i używam.

    Owszem, po części było to spowodowane brakiem swego czasu pracy i koniecznością zaciskania pasa. Teraz, gdy ustabilizowałem po części życie zawodowe to zacząłem inaczej używać tych „wyjątkowych” rzeczy.
    Są do używania i cieszenia oka/ducha a nie do leżenia.

    pozdrawiam serdecznie,
    Piotr

    • Róża Wigeland

      Masz rację, u mnie to odkładanie na lepsze czasy też wynikało z niedostatku. I też się tego ciągle oduczam 🙂

  • Małgorzata Mirkiewicz

    Bardzo mi się podoba Twój styl , jest taki..ponadczasowy , elegancko wyglądasz czy to w dżinsach czy w kostiumie 🙂
    Ja też mam trochę rzeczy na tzw okazje, ale poza tym powoli uczę się ,że trzeba żyć tu i teraz , nie odkładać, dlatego przebudowa mojego domu trwa dłużej niż zakładałam , ale po w miarę szybkim i w miarę ostatecznym urządzeniu części domu do mojego wyłącznego użytku resztę robię powoli , w miarę środków, których musi w międzyczasie starczyć na hobby, książki,urlop , prezenty dla bliskich .
    Serdeczności ślę 🙂

    • Róża Wigeland

      Może to w tym tkwi sens? Żeby nie dawać wszystkiego z siebie, ale i zostawiać dla siebie? Sprawiać sobie przyjemności, cieszyć się z różnych rzeczy i różnymi rzeczami, a nie tylko poświęcać czas i energię na „dorobienie się”. Bo później nie wystarcza już sił i zdrowia na korzystanie z tego.

  • Iwona A.

    Chudemu we wszystkim ładnie 🙂 Ja stylu też raczej nie zmieniam, chyba że na baleronowy. Bo te stare ciuchy jakoś mi się poskurczały w szafie.
    Te buty z perłami od Ciebie biorę. Buty, nie perły.

    • Róża Wigeland

      Chudemu? Przez dorosłość udało mi się trochę przytyć – z 10 kilo! A butów nie oddam – szukałam takich półtora roku 😉

  • Antoni Relski

    A u mnie tyle rzeczy leży i czeka na lepsze czasy
    Pozdrawiam

    • Róża Wigeland

      Najlepsze czasy są dzisiaj 🙂

  • Joanna Kurek

    U mnie rekord to max. 3 sklepy! A najlepiej jeden, 10 sukienek do przymierzalni, a potem selekcja i zostają dwie 🙂 A co do zwyczaju oszczędzania – w moim przypadku także gotówki na tzw. gorsze czasy – to ostatnio pozwoliłam sobie odpuścić. Rezerwa i poczucie bezpieczeństwa jest więc ile można sobie odmawiać 🙂 Na oku mam jeszcze 3 śliczne rzeczy – ta ostatnia, najpiękniejsza i wyczekana, może będzie prezentem za maraton. Totalne szaleństwo 🙂

    • Róża Wigeland

      A myślisz, że w ilu ja byłam? Takie kupowanie i przymierzanie to ciężka praca;) Tylko proszę Cię – nie kolejne buty do biegania!

      • Joanna Kurek

        Hihihih 🙂 a wiesz… łatwiej mi kupić buty do biegania niż „cywilne” ubranie, które odpowiada moim wymaganiom 🙂 I efekt jest taki, że biegowe ciuszki mam śliczne, a ostatnio musiałam uzupełnić te nie-biegowe 🙂